Naszyjnik z serpentynitem jak widać na zdjęciu do tego kolczyki i bransoletka. Taki mały zestawik.
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Przed Sylwestrem....
Naszyjnik z serpentynitem jak widać na zdjęciu do tego kolczyki i bransoletka. Taki mały zestawik.
Wesołych Świąt!

Link do utworu na YouTube- kliknij

Niech zbliżający się Nowy Rok nie był gorszy niż ten który się kończy:)
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Prezentowe szaleństwo

1. Niedługo Wigilia i pewnie pogodzę się z aparatem.
2. Mam masę pięknej biżuterii, która uraduje kogoś wyjątkowego pod choinką.
Owocnych i piernikowych przygotowań do Świąt!!!
środa, 16 grudnia 2009
Czerwone szaleństwo...
:) Nie napływ komunizmu ani przyjazd czerwonej ciotki, ani żadne inne skojarzenia, no chyba że kojarzycie z czerwonym Mikołajem bądź z Dziadkiem Mrozem jak kto woli. w pracy obchodzimy w piątek Wigilię pracowniczą raczej rodzaj bankietu niż typowa Wigilia. Nastawiam się na dobry catering. I w związku z tym dostaliśmy zaproszenia. Zawierały one prośbę Mikołaja, aby ubrać w piątek jakiś akcent czerwony. I rozpętało się piekło. Puściły wszystkie między wydziałowe mury, popękały kajdany nieśmiałości zerwano wszelkie konwenanse. A wszystko pod pretekstem jedynego pytania! Co ubierasz czerwonego w piątek??!! Nic tak kobiet nie jednoczy jak to proste pytanie. Tak więc przeżywam pytania w stylu czy czerwone majtki wystarczą?:P W akcie desperacji niektórzy wyruszają w miasto kupić coś czerwonego, prawie jak na maturę. Oprócz końca roku, podsumowania budżetu i duużej ilości pracy miło jest tak zanurzyć się w czerwone szaleństwo i jak kopciuszek przy pracowniczym biurku planować co się ubierze na bal- zwany dalej Wigilią pracowniczą:)
Tak mi się ten kolor czerwony dał we znaki, że przerzuciłam się na Black and White and Silver:
Szklane crackle oliwki kryształowe, szklane crackle czarno- kryształowe kule, szklane czarne kule, cyrkonowe kuleczki oraz szaro- kremowe perły. Wszystko na srebrnym łańcuszku.
I to by było tyle w tym momencie. Idę szukać czerwonego sweterka....
Tak mi się ten kolor czerwony dał we znaki, że przerzuciłam się na Black and White and Silver:

I to by było tyle w tym momencie. Idę szukać czerwonego sweterka....
wtorek, 8 grudnia 2009
Karmelkowy naszyjnik



Na trzecim obrazku prezentuje kamyczki z bliska. Jak widać kolor nie jest jednorodny. Przechodzi od jasno -słomkowego, przez pomarańcz do wiśniowego. Czasami to wszystko na jednym malutkim kamyczku.
Czas ucieka święta się zbliżają, śniegu jakoś nie widać. I tylko spać się chce:( chyba zacznę robić jakieś aniołki na szydełku albo gwiazdki:P
poniedziałek, 23 listopada 2009
Agatowy naszyjnik
poniedziałek, 16 listopada 2009
Tutorial 2 Jesienny naszyjnik
piątek, 13 listopada 2009
Bez komentarza
poniedziałek, 9 listopada 2009
It's not the pale moon that excites me That thrills and delights me...
Oh no:)
Zdecydowanie to, co przyprawiło mnie o dreszcze to nie blady księżyc:p To tworzenie własnego krok- po -kroku tutorialu naszyjnika. Którym, z wielkim entuzjazmem się z Wami dzielę. Mam nadzieję, że tym którzy się uczą pomorze choć troszkę.
Na pierwszy ogień idzie przygotowanie. Ja do naszyjnika użyłam:
1. Srebrnego łańcuszka o długości 45 cm i ogniwach szerokości 3mm i długości 5 mm.
2. 12 posrebrzanych szpilek długości 5 cm (ale musiałam je skrócić).
3. 1 kółeczko- sprężynka o szerokości 7 mm.
4. 2 kółeczka- spręzynki o szerokości 5 mm.
5. 10 kuleczek srebrnych 5 mm.
6. 12 pereł ok 7 mm granattowych z turkusowym pobłyskiem.
Jeżeli mowa o przygotowaniach to nie należy zapominać o sprzęcie ciężkim. Przyznam się, że tych oto szczypiec używam od samego początku swojej działalności i tylko pewne zastrzeżenia mam do szczypiec tnących:P trochę tępe się już robią. Niedługo zamienię je na cążki do cięcia metalu. Ok wykorzystałam do zrobienia naszyjnika szczypce bociany, szczypce tnące i szczypce ściskające. Już nie robiłam zdjęcia tego etapu pracy, aczkolwiek chętnie go opiszę. Wszystkie elementy przed ostatecznym, ściskaniem, cięciem, mocowaniem warto przymierzyć:P. Ja się kilku krotnie nacięłam na to, ze jestem w gorącej wodzie kąpana. Tylko strata kilkunastu minut pracy oraz dość cennych materiałów nauczyła mnie respektu i powściągliwości. Układam łańcuszek na płaskiej powierzchni. Liczę oczka łańcuszka i wyliczam gdzie będę chciała przyczepić koraliki. Wzór jest dość symetryczny więc warto zacząć od wyznaczenia środka łańcuszka. Najlepiej złożyć go na pół tak aby każde oczko leżało równoległe do siebie na tej samej wysokości. Zwykle ( nie zawsze) łańcuszki składają się z nieparzystej liczbie oczek co pozwała zawiesić wisiorek albo centralny koralik idealnie na środku. Aby ciągle nie wracać do wykonanej już pracy przyszpilam (szpilkami) oczka, które będę używać. Nie zgubie ich w ferworze walki i nie będę musiała wykonywać roboty od początku. Takie przyszpilanie i przykładanie koralików do łańcuszka pomaga wizualizować sobie gotowy wyrób.
Etap następny do przygotowywanie szpilek z nadzieniem:) Ja wybrałam sobie granatowe perły oraz srebrne kuleczki nakładam je na szpilkę. Kupując wszelkie akcesoria zwracam uwagę na średnicę otworu oraz grubość np. szpilek. Coby aby nie było siurpryzy:P przy próbie nałożenia zbyt wąskiego koralika, bądź zbyt szerokiego. Tutaj właśnie miałam taką sytuację. Srebrny koralik spadałby przez szpilkę gdyby nie zatrzymywała by go perełka.
Przygotowaną szpilkę trzeba przyciąć aby zrobić loopik (czyli takie kółeczko rodzaj haczyka). Ja na wiwijanie szpilki zostawiam tak około 1 cm. To zależy od wielkości koralików oraz od tego do jakiego łańcuszka będę go przypinać. Jeżeli zrobię mniejsze kółeczko koralik nie będzie się tak dyndał jak przy większym kółeczku.
Zawijam kółeczko przy użyciu bocianów. Łapię szpilkę blisko koralików (u podstawy) i lekko wyginam w jedną stronę. Ten zabieg pomaga zrobić ładniejsze kółeczko.
Następnie przesuwam bociany wyżej i tak mniej więcej w połowie wyginam w drugą stronę taki haczyk. To jest taki ruch jakbym zaginała do ciebie ten drucik.
Teraz wystarczy tylko zmienić narzędzie na ściskające (jak ktoś się postara to bocianami też da radę ścisnąć). Zawiesić haczyk na wybranym kółeczku łańcuszka i lekko zacisnąć tak aby druciki się stykały.
Ponieważ wymyślony przeze mnie naszyjnik posiada coś w rodzaju wisiorka- chwościka. Trzeba zrobić podstawę do niego z kółeczek- sprężynek. Ja połączyłam jedno większe kółeczko i dwa mniejsze. Większe kółeczko przyczepiłam do łańcuszka, żeby oddalić trochę całą konstrukcję. To co jest na zdjęciu to taki trik jubilerski. Żeby oszczędzić paznokcie oraz przyśpieszyć pracę, sprężynkę rozchyla się igłą i to na prawdę pomaga założyć na nią inne elementy.
Na podstawę z kółeczek - sprężynek zawieszam koraliki na przyciętych szpilkach w konfiguracji dowolnej. Ja je rozłożyłam promieniście, wyglądają korzystniej jak sobie wiszą. Poprzyczepiałam szybciutko po kilka koralików dookoła wisiorka i tyle. Gra i buczy:P
A tak wygląda w dalszej perspektywie. Jeżeli ktoś chce jeszcze jakieś instrukcje, albo coś jest nieczytelne to piszcie. Chętnie wyjaśnię o co biega. A sama wracam do dalszej pracy i pisania postów. Dobrze, że aura sprzyja pozostaniu w domu....
Zdecydowanie to, co przyprawiło mnie o dreszcze to nie blady księżyc:p To tworzenie własnego krok- po -kroku tutorialu naszyjnika. Którym, z wielkim entuzjazmem się z Wami dzielę. Mam nadzieję, że tym którzy się uczą pomorze choć troszkę.
1. Srebrnego łańcuszka o długości 45 cm i ogniwach szerokości 3mm i długości 5 mm.
2. 12 posrebrzanych szpilek długości 5 cm (ale musiałam je skrócić).
3. 1 kółeczko- sprężynka o szerokości 7 mm.
4. 2 kółeczka- spręzynki o szerokości 5 mm.
5. 10 kuleczek srebrnych 5 mm.
6. 12 pereł ok 7 mm granattowych z turkusowym pobłyskiem.
wtorek, 27 października 2009
Dramatyczne niebo...



Tak to sobie właśnie naszyjnikuje i cieszę się niezmiernie bo paczki z akcesoriami przyszły!!!
środa, 21 października 2009
Retro i Disco!!!


Dzisiaj tak króciutko a na zakończenie przypomniał mi się bardzo stary kawał o Stalinie:
Rosja. Wczesny ranek, ciemno i zimno na dworze. W milionach komunistycznych bloków rozlega się jedynie słuszne radio.
Spiker: Dzień Dobry Towarzysze! Towarzysz Stalin wstał już, więc i Wy wstańcie.
Spiker: Drodzy rodacy! Towarzysz Stalin się gimnastykuje, więc i wy się gimnastykujcie!!!
Spiker: Towarzysze! Towarzysz Stalin je śniadanie... a dla was... a dla was chwila muzyki:P
A dla Was chwila muzyki na YouTube- link
Przyrzekam, że zawsze jak słucham tego mam lepszy humor. Zresztą widząc teledysk trudno się nie uśmiechać:P
wtorek, 13 października 2009
Tak z innej mańki- szalik szydełkowy

A wracając do praktycznych rzeczy:

Link do strony o szydełkowaniu
Pozdrawiam!!! U nas dzisiaj padał grad:P
niedziela, 4 października 2009
Wolność Tomku w swoim domku
Prawdą jest jakoby człowiek doceniał to co właśnie stracił, łącznie z szansą i nadzieją na coś. Ja miałam ostatnio ciekawą życiową propozycję, do której podeszłam nieprzychylnie na początku a z czasem uznałam za genialny pomysł i wtedy straciłam tą propozycję, nie była już aktualna. No i ok w życiu tak jest, że nie wszystko wychodzi tak jakbyśmy chcieli. Specjalnie nie rozpaczam bo wiem, że coś tam się jeszcze pojawi ciekawego. Ale zastanawiam się nad swoimi odczuciami, nowymi pomysłami jakie przyniósł projekt. Nigdy nie podejrzewałam, że moje podejście do życia w mieście i na wsi zmieni się tak diametralnie. Najbardziej jestem zdziwiona faktem, że jeszcze tydzień temu zacięcie broniłam swojego zdania a już kilka dni później układałam w głowie plany nowego życia:) Czyli jednak kobieta zmienną jest oraz tylko krowa nie zmienia zdania:) I w sumie wyszło na to że podobają mi się moje zdolności adaptacyjne do nowej sytuacji, czyli jednak myślenie zadaniowe: jest konkretna sytuacja i zastanawiam się jak jej sprostać najbardziej. Plusy i minusy mieszkania w mieście i na wsi istnieją, nikt tego nie ukrywa, więc trzeba konsekwentnie i pozytywnie (bardzo ważne!!!) nastawić się do podjętej decyzji. Będąc w temacie planowania przyszłego miejsca zamieszkania, nie mogę przejść obok kwestii tworzenia biżuterii. Jak wiadomo do tego potrzeba miejsca. Czasami nawet sporo (wnioskuję z rozmów z koleżankami tworzącymi biżuterię). Zastanawiam się również jak koleżanki po fachu aranżują swoje miejsce pracy. Na pewno tworzenie na kolanie nie jest niczym złym, tylko nie na dłuższą metę. Idealnie by było mieć własne miejsce do tworzenia. O czym pomyśleć żeby było idealnie (według mnie oczywiście)? O przestrzeni, wygodzie, oświetleniu, przechowywaniu akcesorii, przechowywaniu gotowych wyrobów, miejscu do robienia zdjęć.
Przestrzeń -przestronne wnętrze to słowo klucz, czyli wersalskie salony, amerykański rozmach i duże schody jak z Dynastii. A tak naprawdę liczę na płaskie biurko lub stół. Nie ma nic bardziej wkurzającego niż nierówna powierzchnia z której staczają się (do rynsztoka:P a jak) koraliki. Dobrym pomysłem jest podłożenie jakiejkolwiek tkaniny wtedy te małe potwory tak się nie kulają. Wiem z własnego doświadczenia, że potrzeba miejsca na manewry około koralikowe i najważniejsze potrzeba miejsca na rozłożenie wszystkich swoich materiałów, linijki, notatek ze szkicem, albo takich do obliczeń (tak tak, w czasie tworzenia stosujemy trochę matematyki). Mi tworzenie jednej rzeczy zajmuje około godziny (nigdy się nie spieszę, wybieram i dopasowuje powoli, szkicuje a czasami po prostu przeglądam swoje zasoby). Dlatego ważne jest aby miejsce w którym siedzimy było wygodne. Dobrze jest zadbać o wygodne krzesło, żeby nie bolały nas plecy i kark. Najgorsza jest tendencja do garbienia się, czyli coś co mam ja. Jak czuję, że drętwieje wstaje i rozciągam się (nie ma jak joga). Aby czas miło leciał ja potrzebuję dobrej muzyki polecam Melody Gardot oraz Dianę Krall:)
Melody Gardot- link do utworu na Youtube
Diane Krall- link do utworu na Youtube
aha wtedy nastrojowe oświetlenie odpada, to nie romantyczna kolacja tylko ciężka praca tak więc oświetlenie musi być porządne. Dzienne światło daje najlepsze warunki pracy, oświetlenie sztuczne powinno być w miarę możliwości jak najpełniejsze. Tutaj pojawia się kwestia barwy światła czy żółte (bardzo dobre dla oczu, gorsze dla biżuterii, pożółca i przekłamuje kolory) czy białe (idealne dla biżuterii, nieznośne dla oczu). Ja wybieram żółte z powodu higieny pracy, a zdjęcia robię w świetle białym ot i wymyślili. Jeżeli chodzi o przechowywanie to jest to ciężki temat. Przede wszystkim półfabrykatów jest zazwyczaj sporo. Najlepiej trzymać każdy rodzaj i kolor w osobnym opakowaniu np. w woreczkach strunowych. Następne pomysły to pudełka- oczywista oczywistość. Najlepiej sprawdzają się wykonane z przezroczystego tworzywa, można zobaczyć ich zawartość. Moim patentem są pudełka po lodach:P (ekonomiczne) a super fajnym pomysłem są takie pudełka dla wędkarzy, maja małe przegródki i są w kształcie szkatułki (takiej większej). Co jeszcze: słoiczki, woreczki, szkatułki i co dusza zapragnie. ja trzymam te wszystkie pojemniki w torbie- kiedyś była torbą sportową dziś już nie jest, długa historia... Tak naprawdę nie widziałam nigdy na żywo miejsca pracy biżuteryjek, za to widziałam kilka zdjęć w internecie. Nie wiem czy do zdjęcia czy tak w ogóle jest, ale niesamowity porządek macie dziewczyny:) Chociaż prawdę mówiąc ja również się porządku nauczyłam. Rodzina chyba by mnie oskubała jakby ciągle się coś walało po podłodze. Wiem, że niektórzy mają szufladę specjalną, albo widziałam również starą walizkę:P Każdy sposób dobry byleby nie zajmował dużo miejsca (w końcu mieszkamy w Polsce- krainie małych mieszkań, oraz był praktyczny- czyli każdą rzecz łatwo wyjąć i włożyć i żeby można było szybko zlokalizować poszczególne drobne elementy i żeby był pokój na świecie:P Ja wszystko opisuje. Mam specjalną bazę w excelu, gdzie zapisuje co i za ile i od kogo kupiłam, nadaje temu numer i potem naklejam owy numer na torebkę z półfabrykatem. Mi się to sprawdza, dla niektórych za dużo zachodu i ok. Każdy idzie własną drogą zen. Inaczej się ma sprawa z gotowymi wyrobami. Je trzymam w starej zakopiańskiej szkatułce mojej mamy. Bo zawsze dobrze wiedzieć, że po ścisku w starej torbie sportowej czeka nas cudowne miejsce gdzieś wyżej. Ok na koniec miejsce do robienia zdjęć. Każdy z nas ma inaczej, i nie będę uogólniać jednak jest jedna zasada lokalizacja lokalizacja i lokalizacja- jak ja znajdziecie będziecie wiedzieć:P Czyli dużo naturalnego światła, ale nie ostre słońce czyli jak na pierwszej randce nie za ciemno i nie za ostro:P Jak trzeba to doświetlcie najlepiej białym światłem (takie się stosuje w jubilerstwie). Przydaje się również biała kartka jako tło i musicie znać się na waszym aparacie - czyli instrukcja obsługi w ruch:)
To by było na tyle, dawno nie pisałam i już zaczełam zapominać jaką mam przyjemność z pisania:) a przyjemności nigdy nie z wiele. Mam nadzieję, że komuś pomogą moje rady, jak macie jakieś inne to dawajcie im więcej tym lepiej. Pozdrawiam ze sztormowego Gdańska.
Przestrzeń -przestronne wnętrze to słowo klucz, czyli wersalskie salony, amerykański rozmach i duże schody jak z Dynastii. A tak naprawdę liczę na płaskie biurko lub stół. Nie ma nic bardziej wkurzającego niż nierówna powierzchnia z której staczają się (do rynsztoka:P a jak) koraliki. Dobrym pomysłem jest podłożenie jakiejkolwiek tkaniny wtedy te małe potwory tak się nie kulają. Wiem z własnego doświadczenia, że potrzeba miejsca na manewry około koralikowe i najważniejsze potrzeba miejsca na rozłożenie wszystkich swoich materiałów, linijki, notatek ze szkicem, albo takich do obliczeń (tak tak, w czasie tworzenia stosujemy trochę matematyki). Mi tworzenie jednej rzeczy zajmuje około godziny (nigdy się nie spieszę, wybieram i dopasowuje powoli, szkicuje a czasami po prostu przeglądam swoje zasoby). Dlatego ważne jest aby miejsce w którym siedzimy było wygodne. Dobrze jest zadbać o wygodne krzesło, żeby nie bolały nas plecy i kark. Najgorsza jest tendencja do garbienia się, czyli coś co mam ja. Jak czuję, że drętwieje wstaje i rozciągam się (nie ma jak joga). Aby czas miło leciał ja potrzebuję dobrej muzyki polecam Melody Gardot oraz Dianę Krall:)
Melody Gardot- link do utworu na Youtube
Diane Krall- link do utworu na Youtube
aha wtedy nastrojowe oświetlenie odpada, to nie romantyczna kolacja tylko ciężka praca tak więc oświetlenie musi być porządne. Dzienne światło daje najlepsze warunki pracy, oświetlenie sztuczne powinno być w miarę możliwości jak najpełniejsze. Tutaj pojawia się kwestia barwy światła czy żółte (bardzo dobre dla oczu, gorsze dla biżuterii, pożółca i przekłamuje kolory) czy białe (idealne dla biżuterii, nieznośne dla oczu). Ja wybieram żółte z powodu higieny pracy, a zdjęcia robię w świetle białym ot i wymyślili. Jeżeli chodzi o przechowywanie to jest to ciężki temat. Przede wszystkim półfabrykatów jest zazwyczaj sporo. Najlepiej trzymać każdy rodzaj i kolor w osobnym opakowaniu np. w woreczkach strunowych. Następne pomysły to pudełka- oczywista oczywistość. Najlepiej sprawdzają się wykonane z przezroczystego tworzywa, można zobaczyć ich zawartość. Moim patentem są pudełka po lodach:P (ekonomiczne) a super fajnym pomysłem są takie pudełka dla wędkarzy, maja małe przegródki i są w kształcie szkatułki (takiej większej). Co jeszcze: słoiczki, woreczki, szkatułki i co dusza zapragnie. ja trzymam te wszystkie pojemniki w torbie- kiedyś była torbą sportową dziś już nie jest, długa historia... Tak naprawdę nie widziałam nigdy na żywo miejsca pracy biżuteryjek, za to widziałam kilka zdjęć w internecie. Nie wiem czy do zdjęcia czy tak w ogóle jest, ale niesamowity porządek macie dziewczyny:) Chociaż prawdę mówiąc ja również się porządku nauczyłam. Rodzina chyba by mnie oskubała jakby ciągle się coś walało po podłodze. Wiem, że niektórzy mają szufladę specjalną, albo widziałam również starą walizkę:P Każdy sposób dobry byleby nie zajmował dużo miejsca (w końcu mieszkamy w Polsce- krainie małych mieszkań, oraz był praktyczny- czyli każdą rzecz łatwo wyjąć i włożyć i żeby można było szybko zlokalizować poszczególne drobne elementy i żeby był pokój na świecie:P Ja wszystko opisuje. Mam specjalną bazę w excelu, gdzie zapisuje co i za ile i od kogo kupiłam, nadaje temu numer i potem naklejam owy numer na torebkę z półfabrykatem. Mi się to sprawdza, dla niektórych za dużo zachodu i ok. Każdy idzie własną drogą zen. Inaczej się ma sprawa z gotowymi wyrobami. Je trzymam w starej zakopiańskiej szkatułce mojej mamy. Bo zawsze dobrze wiedzieć, że po ścisku w starej torbie sportowej czeka nas cudowne miejsce gdzieś wyżej. Ok na koniec miejsce do robienia zdjęć. Każdy z nas ma inaczej, i nie będę uogólniać jednak jest jedna zasada lokalizacja lokalizacja i lokalizacja- jak ja znajdziecie będziecie wiedzieć:P Czyli dużo naturalnego światła, ale nie ostre słońce czyli jak na pierwszej randce nie za ciemno i nie za ostro:P Jak trzeba to doświetlcie najlepiej białym światłem (takie się stosuje w jubilerstwie). Przydaje się również biała kartka jako tło i musicie znać się na waszym aparacie - czyli instrukcja obsługi w ruch:)
To by było na tyle, dawno nie pisałam i już zaczełam zapominać jaką mam przyjemność z pisania:) a przyjemności nigdy nie z wiele. Mam nadzieję, że komuś pomogą moje rady, jak macie jakieś inne to dawajcie im więcej tym lepiej. Pozdrawiam ze sztormowego Gdańska.
wtorek, 22 września 2009
Cracklowe naszyjniki
sobota, 5 września 2009
Otomin
Niedaleko Gdańska leży wśród lasów spokojne, malownicze Jezioro Otomińskie. Obok jeziora leży ( kiedyś wieś, dzisiaj już prawie dzielnica Gdańska) Otomin, od którego pochodzi nazwa jeziora. Ale znana jest legenda, która mówi inaczej. Ponad tysiąc lat temu nad jeziorem, w grodzisku mieszkał samotnie ze służbą rycerz Otomin. Często o zachodzie słońca przechadzał się nad brzegiem jeziora i któregoś dnia równo o zachodzie słońca usłyszał unoszące się z jeziora dźwięki harfy. Zaintrygowany przychodził codziennie aż jego trud został wynagrodzony i z jeziora wynurzyła się rusałka. Miała na imię Otomina i mieszkała w głębi jeziora samotnie. Rycerz zauroczony dziewczyną spotykał się z nią co noc do momentu otrzymania rozkazu od samego Księcia Wisława. Rozkaz dotyczył uczestnictwa w turnieju rycerskim w Gdańsku. Otomin musiał w nim uczestniczyc, bo wola księcia była najważniejsza. Żegnając się z rusałką Otominą otrzymał od niej wieniec białych lilii aby pamiętał o niej i mógł wygrac turniej. Jednak prosiła go o jedno, nie może zdradzic nikomu od kogo otrzymał kwiaty. Rycerz pojechał do gdańskiego grodu i unoszony miłością Otominy wygrał turniej. Książę Wisław zaprosił go na późniejszą ucztę, gdzie Otomin bawił się i radował ucztując, jedząc i pijąc, nie unikając miodu pitnego. Baczne oko na rycerza miały córki księcia: Subisława, Mirosława i Justyna, kuzynka zza Odry. Przymilały się do niego przez całą wieczerzę, nie dając mu spokoju zagadywały kto przystroił go pięknymi liliami. Znużony całym dniem oraz dużą ilością miodu rycerz, chcą pozbyć się natrętnych dziewczyn powiedział, że kocha się w rusałce Otominie i to ona tak go ustroiła. Nie zdążył jeszcze dokończyć zdania gdy spostrzegł na twarzach dziewczyn przerażenie. Zerwał wianek z głowy i zobaczył, że lilie zwiędły i sczerniały jakby rażone gwałtownym ogniem. Otomin zerwał się, wskoczył na konia i ruszył traktem do swojego grodziska. Kiedy końskie kopyta zadudniły na drewnianym podjeździe nad fosą, natychmiast otwarły się bramy grodziska. Otomin zastał swoją służbę bardzo podnieconą. Zaufany giermek powiedział mu, że o północy, niedawno temu jakiś gwałtowny, przejmujący szloch przeszedł ponad jeziorem. Zrozpaczony Otomin pobiegł nad brzeg jeziora wołając swoją Otominę, ale ona nigdy już się nie pokazała. Zdradzona Otomina na zawsze pozostała na dnie w swoim samotnym pałacu. A z powierzchni wody znikły wszystkie lilie...
Jezioro Otomińskie. Czy to rusałka...No raczej nie:P
Znikły lilie a łabędzie pozostały...
środa, 26 sierpnia 2009
Przyczajone ważki ukryte smoczyce:)
Mój sposób na stresy? Kajakowanie!! Nic tak nie odpręża jak powolny spływ rzeką. Pływaliśmy pierwszy raz na rzece Wda (Czarna Woda). Tylko dwa dni, krótki odcinek ale na pewno tam wrócimy. Płynęliśmy taką małą ekipą na dwa kajaki od miejscowości Czubek.:) Rzeka fantastyczna przez całe kilometry nie widać po żadnej stronie zabudowań ludzkich , tylko pola i lasy. Tak więc prowiant na drogę trzeba mieć przygotowany. Byliśmy bardzo zaskoczeni "dzikością" otoczenia, bo przecież taka na przykład Krutyń to w porównaniu z Wdą wielki bazar:) Tutaj tylko my i rzeka, czasami po drodze spotykani jacyś kajakarze. Rzeka czysta, natomiast mało ryb za to sporo ważek. Piękne, duże, granatowe, furgocące i odpoczywające na naszych kajakach gdzie popadło: na kolanie, na wiośle, na głowie, na burtach. Latają całymi chmarami. Wtedy można było im się dokładnie przyjrzeć i naprawdę wyglądają jak miniaturowe smoki:) Rzeka niesie leniwie, ale czyhają na nas również podtopione konary, które urozmaicają kajakowanie. Trzeba też wykazać się już lekką umiejętnością wiosłowania, żeby nie zaliczyć wywrotki. Co prawda byliśmy na to przygotowani, worki na śmieci to jest to!

Taki spływ niesie za sobą kilka atrakcji takich jak rozbijanie namiotu na polu namiotowym, wypad po prowiant 5 km szosą w japonkach:P, słynne (w niektórych kręgach) rozpalanie ogniska od jednej zapałki oraz obserwowanie gwiazd na niebie. Należy dodać do tego walkę z komarami oraz nocne mycie zębów z latarką czołową a mamy przepis na ekstremalną (w wersji mini) wyprawę. Biwakowego uroku dodawali nam również spotkani na noclegu kajakarze z Warszawy, którzy dołączyli się do naszego ogniska przynosząc gitarę.

Drugie dnia powtórka z rozrywki, oraz dodatkowe elementy jak przenosiny kajaka we Wdeckim Młynie.

Tam krótki postój a później dalej na rzece gdzie czekały nas męczące zakręty oraz żarłoczne komary. Jako jedyna posiadaczka mapy odpowiadałam ciągle na jedno powtarzające się pytanie. Daleko jeszcze?? Daleko, niedaleko jak dopłynęliśmy do mostu, z którego miał nas zgarnąć Pan Od Kajaków wszystkim było już smutno, pomimo zmęczenia.
Na Wdę wrócimy na pewno, ponieważ dowiedzieliśmy się, że następny odcinek jest jeszcze bardziej ciekawy. A my ciekawscy ludzie jesteśmy:P. Może nawet następny raz będzie na nowym Żółtym Dymańcu (nowy zakup- żółty gumowy kajak. Jak tylko przyjdzie będziemy testować na naszych rzekach i bajorach i kałużach...). Pomysł zakupu własnego kajaka narodził się w głowie Pawła już dawno, na Krutyni podczas spływu, widzieliśmy parę która takim płynęła- fajna łódź bojowa. No i ta niezależność spływu. Ok zobaczymy jak przyjdzie paczka:P
Taki spływ niesie za sobą kilka atrakcji takich jak rozbijanie namiotu na polu namiotowym, wypad po prowiant 5 km szosą w japonkach:P, słynne (w niektórych kręgach) rozpalanie ogniska od jednej zapałki oraz obserwowanie gwiazd na niebie. Należy dodać do tego walkę z komarami oraz nocne mycie zębów z latarką czołową a mamy przepis na ekstremalną (w wersji mini) wyprawę. Biwakowego uroku dodawali nam również spotkani na noclegu kajakarze z Warszawy, którzy dołączyli się do naszego ogniska przynosząc gitarę.
Drugie dnia powtórka z rozrywki, oraz dodatkowe elementy jak przenosiny kajaka we Wdeckim Młynie.
Tam krótki postój a później dalej na rzece gdzie czekały nas męczące zakręty oraz żarłoczne komary. Jako jedyna posiadaczka mapy odpowiadałam ciągle na jedno powtarzające się pytanie. Daleko jeszcze?? Daleko, niedaleko jak dopłynęliśmy do mostu, z którego miał nas zgarnąć Pan Od Kajaków wszystkim było już smutno, pomimo zmęczenia.
Na Wdę wrócimy na pewno, ponieważ dowiedzieliśmy się, że następny odcinek jest jeszcze bardziej ciekawy. A my ciekawscy ludzie jesteśmy:P. Może nawet następny raz będzie na nowym Żółtym Dymańcu (nowy zakup- żółty gumowy kajak. Jak tylko przyjdzie będziemy testować na naszych rzekach i bajorach i kałużach...). Pomysł zakupu własnego kajaka narodził się w głowie Pawła już dawno, na Krutyni podczas spływu, widzieliśmy parę która takim płynęła- fajna łódź bojowa. No i ta niezależność spływu. Ok zobaczymy jak przyjdzie paczka:P
Subskrybuj:
Posty (Atom)